25 października 2009

The Let Go - Tomorrow Handless That (2008)

Zastanawia mnie czy to, że kultura hip-hopowa nie uległa trendowi 'indie is the new cool' jest rzeczą dobrą czy wręcz przeciwnie. W praktycznie wszystkich subkulturach ta teza jest jak najbardziej aktualna - mniemam, że im mniej znany jest norweski black metal lecący z dokupionych do ipoda słuchawek (bo białe były :/) tym więcej mroku nosi w sobie słuchacz, a im mniej znany jest zespół indie rockowy tym większe propsy zbierzesz u indie girls z Twojej listy kontaktów.

Z jednej strony myślę, że to dobrze, bo ze względu na to, że koleś ubrany od góry do dołu w ciuchy Stoprocent patrząc na moją playlistę pyta 'czego Ty kurwa słuchasz?' to to wszystko jest jakby prawdziwsze i nie zachodzi precedens ludzi siedzących w tym na pokaz, podążając za trendem. Boje się nawet myśleć jak wyglądałyby hip-hopowe wersje indie dzieciaków, bo oryginalni swoimi koszulkami Crystal Castles i nieodłącznym gadżetem - kubkiem ze Starbucksa - przerażają mnie wystarczająco.

Z drugiej strony zaś brak jakiegokolwiek zainteresowania niezależną częścią sceny jest osobistą tragedią zaangażowanych w nią artystów. Niezrozumiałym jest dla mnie jak The Let Go po wyrzuceniu na światło dzienne tak perfekcyjnego materiału jak 'Tomorrow Handless That' ma na laście 500 słuchaczy. 500 kurwa!


Przepraszam za ten przesadzony wstęp pełen produktów kontemplacji i przemyśleń sfrustrowanego słuchacza, ale ujarany jestem i nie moja wina. Przejdę już do sedna, czyli do materiału prezentowanego na krążku grupy z Seattle.

14 kawałków, 2 mc, 1 producent i wielki kurwa zachwyt - tak wyglądałaby gra w skojarzenia, której tematem przewodnim byłby The Let Go. Krążek to powiew świeżego powietrza. Nie. Powiew to chyba złe słowo, ten krążek jest przeciągiem trzaskającym drzwiami w domu wszystkich zajaranych klasycznie brzmiącym hip-hop'em. Łącząc błyskotliwe, często sarkastyczne i bogate w punche teksty, czasem śpiewane, a zawsze chwytliwe refreny, pełną duszy i pasji boom-bap'ową produkcję, i featuringi moich ulubionych artystów sprawiasz, że jaram się jak hotel socjalny w Kamieniu Pomorskim, co jest nota bene osiągnieciem.


Polecam krążek bardzo, mma panowie mma.


Traklista:
  1. Turning On You
  2. Sun Don't Shine
  3. We Never Talk
  4. Searching for Sun feat Grieves
  5. Standing Back
  6. No Difference feat Mac Lethal
  7. Sponsor Words
  8. Live Life Like a Western feat Symmetry
  9. Booty Fiend
  10. Party Crashers feat Louis Logic
  11. Moodswing
  12. No I Don’t feat Josh Martinez
  13. Easy Road
  14. Desolation


DOWNLOAD

7 komentarzy:

  1. Ja słuchacz indie elektroniki , gej rapów i 8-bitowych krzyczących produkcji typu Crystal Castles, nie zapierdalam w rurkach i kolorowych t-shirtach ,a w weekend lubie komuś dać w papę wychodząc z klubu. Jestem ultra indie czy może ultra pojebanym schizofremikiem? ;<

    Dobra płytka , eloł.

    OdpowiedzUsuń
  2. a i analfabetą też jeste chyba

    OdpowiedzUsuń
  3. dobry rap, strasznie sie jaralem ta plyta w poprzednim roku. pozdro

    OdpowiedzUsuń
  4. ziółko lepsze niż piwko
    ale od rapu lepsze jest disco

    OdpowiedzUsuń
  5. O, Rapofilia wrocila - dobrze, ze jestes, bo juz nie mialem co sluchac :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Janusz, jaki masz nick na lascie??

    OdpowiedzUsuń