Shameless to pochodzący z Londynu mc, który pierwszą popularność zyskał dzięki dobrze przyjętemu nawinięciu pod podkład z 'When the Sun Goes Down' Arctic'ów, potem po kilku udanych występach gościnnych można powiedzieć, że zadomowił się na angielskiej scenie i rozbudził oczekiwanie na długogrający debiut.
Przyznam się, że wszystkie te informacje przeczytałem w jakiejś jego biografii. Już po przesłuchaniu płyty, na którą trafiłem czystym przypadkiem, bo mimo wielkiego zajarania angielskim akcentowaniem to nie znam się ani trochę na ich scenie. Jestem wręcz uprzedzony do niej przez dyskotekowe podkłady i nierówne nawijanie pod nie.
'Smokers Die Younger' powyższe nie dotyczy. Jest to klasyczny, stary, dobry hip-hop. LP to zbiór fantastycznie dobranych pętli z guest appearance'mi dobrze dopasowanych wokalnych sampli. Pętle te okraszone dobrymi tekstami nawijanymi charyzmatycznym, silnym i nie pozbawionym angielskiego akcentu głosem tworzą naprawdę mocny materiał.
Różnorodność jest wielkim atutem albumu. Zmiany nastroju zaskakują jak polska jesień '09: imprezowe petardy jak najżywszy na albumie 'No Hats No Trainers' czy wrzucony niżej 'Start Moving' leżą obok nawiniętego koło nostalgicznego pianinka, przygnębiającego storytellingu w 'Die Young', który wraz z lekko rock'owym 'Get Away' jest moim faworytem z cd'ka.
Podsumowując to nie chce mi się podsumowywać, ale ogarniacie chyba, że polecam mocno, chociażby po tym jak się rozpisałem.
Wywodzący się z Philly, dwuosobowy skład - został zauważony przez szersze grono słuchaczy dzięki promocji ze strony Pretty Much Amazing!, czyli witryny odpowiedzialnej między innymi za wypromowanie The Cool Kids. Słyszałem porównania Chiddy Bang właśnie do nich - nie są one max trafione, ale mogą łatwo zobrazować twórczość grupy przed jej ogarnięciem.
Droga, którą obrali jest dosyć nietypowa - poza rapowaniem zajmują się oni samplingiem, ale samplingiem raczej niespotykanym. Chłopaki z Chiddy w swoich kawałkach remixują i samplują najpopularniejsze hity z gatunków indie pop'u i electro. 'Kids' na samplach z kawałka MGMT o tym samym tytule to murowany blow up.
Poza MGMT przewija się francuska artystka Yelle, Radiohead czy Passion Pit. Każdy awangardowiec na widok tych nazw rzuci się na twórczość Chiddy. Biorąc pod uwagę popularność opisywanych gatunków i ilość ich odbiorców - myślę, że Chiddy Bang ma przed sobą przyszłość w światłach reflektorów.
Podsumowując to jaram się jak pojebany. Chociaż nie wydali oni nic oficjalnego to pozbierałem wszystkie pojedyńcze kawałki (dostępne za darmo w internecie) w jeden .rar i polecam kliknięcie download w chuj bardzo i mocniej.
Pacewon to członek mocno hajpowej na początku nowego tysiąclecia grupy Outsidaz. Mocno hajpowej, bo końcówka lat 90 była okresem boom'u na indie rap. Outsidaz mocnym materiałem i powiązaniami z D12 czy The Fugees wybili się i mocno wryli w pamięć słuchaczy.
4 lata od wydania drugiego solowego albumu (mega zawód dla mnie swoją drogą) - Pacewon wrócił w kolaboracji z niezbyt popularnym producentem Mr. Green'em, już sam singiel - 'Children Sing' wypuszczony grubo przed premierą materiału, otworzył gęby i obudził niecierpliwość.
O ironio - muszę powiedzieć, że filarem albumu nie jest słyszany po latach Pace, a produkcja newcomer'a Green'a. Typ mocnym i oryginalnym brzmieniem zasłużył sobie na duże propsy. Pocięty w 'Children Sing' dziecięcy chór, czy bit napędzany przez sampel z White Stripes w 'She Be So Cold' sprawiają, że cieszę się do siebie, bujając głową jak pierdolnięty.
Jedynym słabym momentem płyty jest diss na Eminem'a - kawałek 'Joker', który zamyka płytę. Nie wiem, nie mogę się do niego za nic przekonać. Całą resztę polecam gorąco jak piekarnik. Suchar, wiem.
Dj Honda - legenda, wręcz marka, powinien budzić zaufanie i zmuszać do czekania na album z zapartym tchem czy wystawionym językiem. Ja wolałem jednak ograniczyć ufność po słabej producentce Alchemist'a i podejść do czwórki Hondy chłodno i bez wielkich oczekiwań.
Skośnooki emeryt rozwiał jednak wszystkie moje wątpliwości już po pierwszym przesłuchaniu. Po kilku następnych z pewnością mogę powiedzieć, że jest to najmocniejsza płyta producencka jaką dane mi było usłyszeć w tym roku.
Pierwsza sprawa to bity - petardy z undergroundowym posmakiem za które większość low budget mcs oddałoby duszę, siostrę czy mamę diabłu. Produkcja na płycie stoi na naprawdę wysokim poziomie i nadaje się do słuchania w gołej wersji instrumentalnej.
Druga sprawa to dobór udzielających się na płycie artystów. Nie licząc słabego i nie wykorzystującego w żadnym procencie potencjału powierzonego bitu - występu Freda Dursta. Niemal każdy gość na płycie daje do zrozumienia, że Honda wiedział co robi dobierając line up na 'IV'. Wrażenie robią zarówno wyjadacze jak i mniej znani gracze. Za przykład wyjadacza podam kawałek z Mos Def'em, który jest mocniejszy niż cokolwiek co pojawiło się na jego nowym LP. Z kawałków mniej znanych postaci zachwycił mnie numer 'Spinning' Buttah z Rawcotiks, składu o którym wcześniej nie słyszałem nic.
Wracając do wartej sprawdzenia muzyki z Australii, przedstawiam Diafrix. Duet z Melbourne po wydaniu w 2006 dobrze przyjętej EP'ki wraca 3 lata później z legalnym debiutem.
Australijczycy pochodzenia Afrykańskiego umiejętnie łączą swój rap z elementami korzennej muzyki Afrykańskiej i reggae. Udaje się im przy tym tworzyć światowej klasy produkt. Na albumie słyszymy istny taniec gatunków i styli. Jest w niej naprawdę po trochę wszystkiego, choć hip-hop pozostaje sercem i duszą projektu.
Tematyka poruszana w warstwie tekstowej płyty jest jej mocnym punktem. Mc potrafią doskonale odnaleźć się zarówno w poważnej tematyce (np. mocny tytułowy numer o emigracji) jak i w luźniejszych klimatach.
Co łączy Popey'a, podwodny bank spermy i Optimen'ów? Otóż wszyscy mają w sobie w chuj ikry.
'Boomtown' australijskiego składu The Optimen nie ma słabych momentów, niemal każdy kawałek tętni życiem i w pełni oddaje klimat jaki rozwinął się w australijskiej kulturze hip-hop'owej. Żywiołowość i żwawość niektórych podkładów pokazuje, że rap może bujać bez pomocy Timbalandów i ich cyborgowych pętli.
Ta płyta jest jednym z kolejnych powodów mojego kojarzenia Australii głównie z zajebistą muzyką, a nie kangurami, Nicole Kidman i Wolverinem.